Jak naprawić małżeństwo (cz. 6) TWM 1-2026

We wszystkich przypadkach pieniądze, które stały się bożkiem, niszczyły więź małżeńską, miłość i szczęście.

Jacek Pulikowski

W poprzednich artykułach pisałem o różnych rodzajach trudności, z którymi borykają się liczne małżeństwa. Dziś postanowiłem napisać o pieniądzach, a ściślej o braku dostatecznego dystansu do nich. Na przestrzeni kilkudziesięciu (ponad 40) lat pracy z małżeństwami zauważyłem, że problemy finansowe narastają w miarę bogacenia się społeczeństwa i coraz mocniej małżeństwa… rozbijają. I to wcale nie chodzi o niedostatek, o braki finansów na podstawowe potrzeby życiowe. Wielokrotnie widziałem, jak skromność zasobów finansowych rodzinę niezwykle łączyła i mobilizowała do wspólnego wysiłku. Mówię o uczciwych, kochających się i skromnie żyjących rodzinach. Dzieci godzą się bez oporów na skromne życie, nie stawiają „żądań” finansowych. W ogóle nie nabywają postawy roszczeniowej. Co więcej, same starają się dokładać do wspólnego życia. Znam przypadki pieczenia przez dzieci ciasteczek, kiszenia kapusty czy zbierania bukiecików z polnych kwiatów na sprzedaż z niewielkim zyskiem, by pomóc rodzicom w utrzymaniu domu… Również w mojej rodzinie pochodzenia żyliśmy bardzo skromnie. Tato miał doktorat i habilitację, ale nie należąc do PZPR, był odcięty od jakichkolwiek wyższych – i tym samym lepiej płatnych – stanowisk. Mama zajmowała się domem i dziećmi i podjęła pracę zawodową dopiero, gdy najmłodsze z trójki dzieci (czyli ja) zbliżało się do pełnoletniości. Słowem: było skromnie. Pieniędzy ledwo starczało do pierwszego. Nie pamiętam, by którekolwiek z dzieci stawiało jakieś żądania finansowe czy „musiało” mieć markowe ciuchy. Byliśmy od tego całkowicie wolni…

Problemy finansowe narastają w miarę bogacenia się społeczeństwa i coraz mocniej małżeństwa… rozbijają

W założonej przeze mnie rodzinie też się nie przelewało. Gdy po latach czekania poczęło się nasze pierwsze, wytęsknione dziecko, oboje bez wahania podjęliśmy decyzję, że żona zrezygnuje z pracy zawodowej. A była to jej wymarzona praca w Instytucie Biochemii PAN, gdzie zdążyła zrobić doktorat i gdzie otwierała się przed nią perspektywa kariery naukowej. Nigdy tej decyzji nie żałowaliśmy, choć spowodowała ona duży spadek dochodów przy powiększającej się rodzinie. Żyliśmy bardzo skromnie, bez żadnych zbytków, z jednej pensji adiunkta na politechnice. Ponadto zamiast dorabiać, jak większość kolegów, na ekspertyzach, ja angażowałem się społecznie w Duszpasterstwo Rodzin. Żona, również społecznie, przez długie lata pełniła funkcję tzw. instruktorki diecezjalnej Duszpasterstwa Rodzin (później tzw. doradczyni diecezjalnej Duszpasterstwa Rodzin). Dopiero gdy najmłodsza córka poszła do szkoły, żona podjęła pracę zawodową właśnie jako instruktorka diecezjalna Duszpasterstwa Rodzin w Kurii Arcybiskupiej w Poznaniu. To, że przez ponad 10 lat żyliśmy z jednej pensji nauczyciela akademickiego, znakomicie zaowocowało w naszych dzieciach. Nie pamiętam żadnej sytuacji, aby któreś z naszej trójki dzieci chciało cokolwiek wyłudzić… Nie miały drogich zabawek, ale miały czas z rodzicami, a także mnóstwo wyjazdów, biwaków nad jeziorem, spływów kajakowych, wypraw górskich i wyjazdów narciarskich. Wszystko z zaprzyjaźnionymi rodzinami z Duszpasterstwa Rodzin, wszystko po kosztach minimalnych. Z czasem, gdy dzieci były już większe, a żona powróciła do pracy zawodowej, pojawiły się wyjazdy zagraniczne w połączeniu z wykładami taty, a nawet wyjazdy zamorskie do USA, Kanady czy Australii. Szczerze mówiąc, gdybym miał dużo pieniędzy w chwili, gdy dzieci były małe, pewnie bym je rozpuścił i kupowałbym im wszystko, co popadnie, by je „uszczęśliwić”. Na szczęście nie miałem. Dziś cała nasza trójka dzieci pozakładała szczęśliwe rodziny, a my cieszymy się siódemką urodzonych wnuków, ósmym, który urodzi się niedługo, i nadzieją, że może jeszcze będą następne. Podsumowując, życie skromne, w kochającej się rodzinie, sprzyja wychowaniu dzieci i przygotowuje je dobrze do założenia własnych, szczęśliwych rodzin.

Życie skromne, w kochającej się rodzinie, sprzyja wychowaniu dzieci i przygotowuje je dobrze do założenia własnych, szczęśliwych rodzin

„Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne…”

Przypomina mi się sytuacja z 2008 r. z Australii. Byliśmy tam całą rodziną na Światowych Dniach Młodzieży. Przed spotkaniem z papieżem Benedyktem XVI odbywały się spotkania grup narodowych w wielu kościołach. My byliśmy w parafii pod wezwaniem św. Jana Vianneya. Proboszczem tej parafii był siwiutki, chudy staruszek w wytartej sutannie, mogący grać bez charakteryzacji w filmie o patronie swojej parafii. Nie rozumiejąc ani słowa po polsku, siedział w kościele wypełnionym po brzegi wiernymi. Był wyraźnie wzruszony i szczęśliwy. Miał pełen kościół. Na co dzień posługiwał w kościele kilku starszym Australijkom i jakiejś rodzinie imigrantów z Oceanii… Na koniec naszego spotkania powiedział: „Kościół od wieków próbuje się zniszczyć prześladowaniami, lecz to się nigdy nie udało i się nie uda. Kościół mogą zniszczyć pieniądze. Polacy, nie chciejcie być przesadnie bogaci”.

Tak, rodzinę też mogą zniszczyć pieniądze. Nie przez przypadek Chrystus powiedział: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt 19,24).

Wielokrotnie widziałem jak skromność zasobów finansowych rodzinę niewykle łączyła i mobilizowała do wspólnego wysiłku

Ze swojego doświadczenia pracy w poradni małżeńskiej mogę powiedzieć, że największe problemy finansowe mają… najbogatsi. Myślę głównie o tych, którzy wyrośli w warunkach skromnych, a nawet w biedzie, i dorobili się dużych pieniędzy. Bywa, że są tak zachwyceni swoją „wielkością”, że wstydzą się własnych rodziców, bo są oni niewykształceni i mieszkają na wsi. Dla ilustracji posłużę się tu wybranymi przykładami – skrajnymi, ale prawdziwymi, bo wziętymi z życia.

Przykład pierwszy

W latach 90. XX wieku do poradni przyszło małżeństwo. Prawie wyłącznie mówiła żona: „Nie narzekam, że mąż daje za mało pieniędzy na życie. Wystarcza. Ale ja już nie mogę znieść tego, że muszę się rozliczyć z wydatków co do grosza, dokumentując je paragonami”. Na to włączył się mąż: „Ale to chyba normalne, że skoro daję pieniądze na życie, to żona musi się rozliczyć…”. Dodajmy, że ona pochodziła z zamożnej rodziny i dostała w „posagu” wyposażony, gotowy do zamieszkania dom. Zresztą był on zapisany na ich oboje i żona nigdy nie wypominała mężowi, że to jej dom. On wszedł w małżeństwo, jak to się mówi, „goły i bosy”, a później w swojej pracy dorobił się dużych pieniędzy. Miał kilkusettysięczne lokaty w kilku bankach i kilkanaście własnościowych mieszkań w dużym mieście. Żona wspomniała, że te mieszkania wynajmuje i tak „manewruje” rachunkami, że wykazuje same straty. Ten mężczyzna doprowadził do rozdzielności majątkowej, oczywiście w trosce o żonę i dzieci. Bo gdyby jemu powinęła się noga, to żona i dzieci nie będą poszkodowane. Na koniec żona opowiedziała o niedawnej wstrząsającej sytuacji. Byli w mieście i żona musiała skorzystać z toalety. Mąż nie chciał jej dać złotówki na płatną toaletę. Poszukiwanie bezpłatnej trwało ponad pół godziny… Skąd taka postawa? Jestem przekonany, że ten mężczyzna, zachłysnąwszy się wielkimi pieniędzmi, które zarabiał, uwierzył, że to one decydują o jego wartości jako człowieka. A więc celebrował wydzielanie pieniędzy, pokazując, pewnie głównie sobie samemu, że on to wszystko zarobił i jaki jest dzięki temu wspaniały. Niestety, była to jedyna rzecz, którą mógł się pochwalić. Jego funkcjonowanie w domu, budowanie relacji z żoną i dziećmi pozostawiało bardzo dużo do życzenia. Ale on przecież utrzymywał cały dom…

Przykład drugi

Przypadek sprzed około dwóch lat. Małżeństwo zostało zawarte, gdy oboje byli już po czterdziestce. On starszy, stanu wolnego po uznaniu pierwszego sakramentalnego związku za nieważnie zawarty. Doczekali się jednego dziecka. Wielka radość, że jeszcze się udało. Krótko po urodzeniu się dziecka mąż uznał, że żona musi iść do pracy. Jego słowa: „Gdybyśmy mieli siódemkę dzieci, to oczywiście żona byłaby z nimi w domu. Jednak jedno dziecko to żadna robota i wszystkie kobiety mające jedno dziecko pracują zawodowo”. Żona niemal wyłącznie zajmowała się dzieckiem i całą obsługą domu (pranie, gotowanie, sprzątanie), jednak mąż tego nie uznawał za żadną pracę. On zarządzał pieniędzmi. Uznał, że oboje muszą mieć jednakowy wkład finansowy w utrzymanie domu. Żona ze swego wkładu musiała się rozliczać, pokazując paragony, które mąż szczegółowo przeglądał i skreślał z nich wydatki, które jego zdaniem nie były wydatkami na dom. Wykreślał wydatki na kosmetyki, a nawet na… podpaski dla żony. Gdy z nimi rozmawialiśmy, mąż oświadczył, że żona ma obecnie ponad trzy tysiące długu u niego. On, zarabiając więcej, miał „swoje” dodatkowe pieniądze, a na co je wydawał, to była jego prywatna sprawa. Gdy żona w rozmowie wspomniała, że on je trzy razy więcej od niej (on – wielki, wręcz otyły, ona – drobniutka) i że może by to też uwzględnić w rozliczeniach, on na to mocno się obruszył: „Przecież to oczywiste, że jedzenie w małżeństwie musi być wspólne”. Dodajmy, że oni (choć raczej on) byli zamożnymi ludźmi.

Przykład trzeci

Ta sytuacja miała miejsce kilkanaście lat temu. Małżeństwo przyszło do poradni tylko dlatego, że sąd to nakazał, zagroziwszy odebraniem trójki dzieci w wieku przedszkolnym. On się nie hamował: wrzeszczał i obrażał żonę. Żona nie pracowała zawodowo, ale harowała w domu, robiąc wszystko w ciasnym mieszkanku wokół męża i trójki malutkich dzieci. On był jedynym żywicielem rodziny, ale przeczytał w Kodeksie rodzinnym, że mąż i żona mają mieć równy udział w utrzymaniu domu. Dawał więc żonie pieniądze na pół miesiąca, a na drugie pół miała „sobie dorobić”. Nie obchodziło go jak. Przy mnie, w poradni, ordynarnie krzyczał do żony: „Jak nie potrafisz inaczej, to idź pod latarnię. Mnie nie obchodzi jak, ale masz zarabiać”. Żona pożyczała pieniądze na życie od mamy emerytki, a on wrzeszczał na nią, że zadłuża rodzinę. W końcu podał żonę do sądu o brak wkładu w utrzymanie rodziny. Pani sędzia orzekła, że jej wkład pracy w prowadzenie domu jest wkładem porównywalnym z pieniędzmi, które on zarabia. Po tym werdykcie pieklił się w poradni: „Głupie baby się dogadały. Przecież to oczywiste, że ona nic nie wnosi w funkcjonowanie domu. Tylko ja zarabiam”. Tego małżeństwa nie udało się uratować.

Przykłady można by mnożyć. Jak to rodzice tuż przed ślubem zapisują mieszkanie na córkę (bo jak się rozwiodą, to mieszkanie zostanie w rodzinie). W tej sytuacji żona, gdy dzieje się gorzej, wypomina mężowi, że to jej dom i w każdej chwili może go z niego wyrzucić. W tej sytuacji mąż nie chce nawet wbić gwoździa w ścianę – bo to nie jego dom…

Jak to mąż i ojciec trójki dzieci od kilkunastu lat nie pracuje zawodowo i żyje z wysokiej pensji żony. Cały wolny czas spędza w internecie i hobbystycznie zajmuje się historią i polityką. Na uwagi żony, że mógłby podjąć jakąś pracę zarobkową, odpowiada, że ona jest zachłanna, że przecież wystarcza im na życie.

Jak to żona, zarabiająca dużo więcej od męża, jeździ na drogie wycieczki zagraniczne po całym świecie sama, bez męża. Bo jego nie stać na takie drogie rozrywki.

Jak to żona zdradzająca męża z bogatym kochankiem, który dał jej do użytkowania Toyotę RAV4, wydymając pogardliwie wargi, mówi: „Jakby mąż kupił mi Ravkę, to może bym do niego wróciła…”.

Czy wreszcie, jak to kobieta latami utrzymuje ojca wspólnego dziecka, a on nigdy nie podjął pracy zawodowej. Ale on już niedługo (powtarza tę śpiewkę od lat) zarobi duże pieniądze i będą opływać w dostatki. Co więcej, ona nawet finansuje jego tygodniowe wyjazdy (jak się okazało, z kochankami) i jej nie wolno pytać, gdzie jest i co robi, bo… go to krępuje.

We wszystkich wymienionych przypadkach pieniądze, które stały się bożkiem, niszczyły więź małżeńską, miłość, szczęście.

Ze swojego doświadczenia ponad 40 lat służenia w poradni małżeńskiej mogę powiedzieć, że największe problemy finansowe mają najbogatsi

A ilu przyzwoitych ludzi w małżeństwach ma osobne konta, rozdzielność majątkową. Ilu małżonków nie ma prawa wglądu w zarobki współmałżonka…

Małżeństwo jest pomysłem Pana Boga, a Kościół katolicki niestrudzenie tłumaczy, na czym ten pomysł polega. Miłość małżeńska ma być ludzka, pełna, wierna i wyłączna, i płodna (por. Humanae vitae, Watykan 1968). Pełna, czyli ma obejmować wszystkie dziedziny życia. Wszystko ma być wspólne – pieniądze również.

Jestem najgłębiej przekonany, że wspólne pieniądze budują więź małżeńską, a rozdzielność finansowa ją skutecznie niszczy.

Jacek Pulikowski

jacekpulikowski.pl

Ruch Czystych Serc Małżeństw

Gorąco zapraszamy małżonków do włączenia się do Ruchu Czystych Serc Małżeństw, w którym będą mogli dążyć do pełni szczęścia. Aby stać się członkiem RCSM, trzeba najpierw przystąpić do spowiedzi i Komunii św., odnowić przyrzeczenie sakramentu małżeństwa i odmówić Modlitwę zawierzenia RCSM. Bardzo Was prosimy o poinformowanie naszej redakcji o tym ważnym wydarzeniu i przesłanie nam swojego adresu, a także daty swoich urodzin i daty wstąpienia do wspólnoty RCSM, abyśmy mogli wpisać Was do Księgi czystych serc i przesłać Wam specjalne błogosławieństwo. Zapewniamy o codziennej modlitwie w Waszych intencjach.

Redakcja Trwajcie w miłości